Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

31.12.2015

Szwadrony

Pisząc jakiś czas temu na temat książek o bitwach pod Zentą i Wschową przyczepiłem się do błędnego, moim zdaniem użycia wyrażenia skwadron, zamiast poprawnego - szwadron, w odniesieniu do pododdziału taktycznego kawalerii. Od tego czasu przeczytałem kilka dość dobrych książek w języku polskim, gdzie ten nieszczęsny skwadron znów się pojawiał i mnie prześladował. 
I oto wczoraj otworzyłem książkę Jana Wimmera "Odsiecz wiedeńska 1683 roku" (wyd. Demart, 2008) i tam, przy opisie armii cesarskiej stoi jak byk: "jednostką taktyczną w kawalerii były dwukompanijne szwadrony". 

szwadrony
szwadrony

Dziękuję, panie profesorze. Panowie i panie, po prostu - szwadrony. 

szwadrony

I tą optymistyczną informacją chciałby pożegnać mijający rok 2015 i wejść w nowy rok 2016, w którym oby przydarzały nam się same tak miłe rzeczy, czego sobie i czytelnikom tego bloga życzę. 

14.03.2013

Co Sobieski robił na Leopoldsbergu

Josef von Führich, Messe auf dem Leopoldsberg
Napisałem ostatnio małą recenzję książki "Zenta 1697" wydanej przez Infort Editions. Starałem się wskazać kilka błędów, które znalazłem w książce, w nieśmiałej nadziei, że przynajmniej te kilka osób, które czytają tego bloga nie przyswoją fałszywych informacji o moim ulubionym okresie historycznym. Pozostała jeszcze jedna kwestia. Na stronie 40 znajduje się krótki biogram księcia Eugeniusza Sabaudzkiego. Zacytowany został fragment jego wspomnień, dotyczący odsieczy wiedeńskiej. Przepisuję go słowo w słowo:

"Sobieski kazał odprawić mszę w kościele w Leopoldsberg, układając swoją broń na kształt krzyża. Polacy, którzy się tam wspieli, nie wiem dlaczego, atakowali jak głupcy, ale walczyli jak lwy".

Przede wszystkim, Leopoldsberg to wzgórze, więc może lepiej brzmiałoby "w kościele na Leopoldsbergu". Ale to nie koniec kontrowersji. Nie ukrywam, że książę Eugeniusz to moja ulubiona postać tego okresu, a powyższy cytat przedstawia go w mało sympatycznym świetle. Wygląda bowiem na to, wielki wódz skrzywdził nieco w swych wspomnieniach naszych rodaków. Poza tym, pamiętam ten fragment pamiętników i wydawało mi się, że brzmiał on nieco inaczej. Sprawdźmy więc po kolei.

Jako źródło autor książki podaje amerykańskie wydanie pamiętników księcia Eugeniusza w tłumaczeniu Williama Mudforda, wydane w 1811 roku. Wydanie to można znaleźć w sieci. Omawiany fragment brzmi tak:
Sobiesky celebrated mass with his arms folded like a cross, in the church of Leopoldsberg. The Poles, who had climbed up thither, I know not why, descended like fools, and fought like lions. 

Aha, wiadomo już skąd wzięła się przynajmniej część nieporozumienia. Ale tylko część.  Zajrzyjmy do francuskiego oryginału. Tam stało to tak:
Sobiesky servit la messe, les bras en croix, dans l'église du Léopoldsberg. Les Polonais, qui y avaient été grimpés, je ne sais pourquoi, en descendirent comme des fous, et se battaient comme des lions. 

Kilka słów wyjaśnienia:
Servir la messe to służyć do mszy (jako ministrant).
O ile arms ma w języku angielskim kilka znaczeń, to bras po francusku oznaczają jedynie ręce, ramiona.
Francuskie słowo fou nie oznacza głupca.

Ja przetłumaczyłbym to w następujący sposób:
Sobieski służył do mszy, z rękami rozłożonymi na kształt krzyża, w kościele na Leopoldsbergu. Polacy, którzy nie wiem po co tam się wspięli, nacierali jak szaleni i bili się jak lwy.

Prawie to samo, ale sens jakby nieco inny.

Na marginesie - mój post dotyczył tłumaczenia tekstu, a nie opisanego w nim wydarzenia. Nie znam się na odsieczy wiedeńskiej, więc gdyby ktoś (Kadrinazi ?) zechciał mi wyjaśnić w którym to kościele Sobieski uczestniczył we mszy i jaką nazwę nosiło wzgórze, na którym to się działo, będzie mi bardzo miło.

5.03.2013

Łukasz Pabich - Zenta 1697 ( II )

W poprzednim poście pożaliłem się trochę na jakość najnowszej książki wydawnictwa Infort Editions p.t. „Zenta 1697”. Dzisiaj będę chciał wyjaśnić niektóre pomyłki i nieporozumienia, które znalazłem w tekście.
Omawiając cesarską artylerię autor pisze:
Do ciężkich dział zaliczano kartauny (48-funtowe), trzy czwarte kartauny (36-funtowe), półkartauny (24-funtowe) oraz działa polowe, tj. kartauny strzelające kulami jednofuntowymi i półfuntowymi.
Od razu widać, że coś jest nie tak. Jeśli kartauny strzelają kulami o wadze 48 funtów, to nie mogą używać kul jednofuntowych (to raczej pół-falkonety) i półfuntowych (serpentyny). Przytoczone zdanie wydaje się też sugerować, że działa polowe zaliczano do dział ciężkich, co nie jest prawdą. Artyleria dzieliła się właśnie na ciężką i polową. Warto też byłoby dodać, że używano także armat o pośrednim wagomiarze.
Na trzech stronach autor umieścił ilustracje przedstawiające austriackich piechurów. Jest nawet oryginalny podpis: "Das kais. Oesterreichische Fussvolk aus dem 17. Jahrhundert". Z przypisów wynika, że ilustracje pochodzą w książki "Die kaiserl. Königl. Österreichische Armee seit Errichtung der stehenden Kriegsheere bis auf die neueste Zeit" autorstwa Franza Müllera. Nie wiem na jakiej podstawie Müller wytworzył swoje ryciny, ale wiem, że żołnierze pokazani zostali w mundurach z roku 1740, czyli o pięćdziesiąt lat późniejszych. Oczywiście winę za ten błąd ponosi Müller, ale wydaje mi się też, że jak ktoś pisze o jakiejś bitwie, to powinien orientować się, jak wyglądali żołnierze, którzy w niej walczyli. Bo to trochę tak, jakbym wydał książkę o bitwie pod Raszynem i zilustrował ją wizerunkami żołnierzy austriackich w mundurach z okresu wiosny ludów. Rozpiętość czasowa jest podobna. 
mundury ok. 1700
mundury ok. 1763
rys. z Müllera
Kilka uwag dotyczących tłumaczeń: Feldzeugmeister przetłumaczony został jako "Generał artylerii". Nie lubię takich tłumaczeń "na siłę", ale nie moja sprawa - autor napisał jak chciał. Ze swojej strony mogę tylko wyjaśnić, że ten tytuł jest nieco szerszy - FZM dowodził nie tylko artylerią, ale wszystkimi rodzajami broni, a jego odpowiednikiem w konnicy jest General der Kavallerie. Dla dociekliwych - stopień General der Infanterie pojawił się dopiero pod koniec XIX wieku. 
Niestety, nie mo tak obojętnie przejść obok tłumaczenia tytułu Generalluetnant, jako "Generał-lejtnant". Mogłoby to sugerować rangę generalską, wyższą niż generał major i niższą od feldmarszałka (generałem lejtnantem był saski dowódca naczelny spod Wschowy - Schulenburg). Ale nie w tej armii. Generalluetnant był bowiem najwyższą rangą wśród cesarskich dowódców. Był to zastępca i reprezentant samego cesarza w armii. Istniało tylko jedno takie stanowisko - w czasie bitwy pod Zentą tytuł ten nosił Ludwik Badeński, a po jego śmierci - książę Eugeniusz Sabaudzki. Tekst aż prosi się o przypis wyjaśniający w czym rzecz.
Ordre de Bataille wzięte zostało z "Feldzüge...". Można w nim znaleźć następujący kwiatek: 
     Truchsess (młody Hannover) - sześć skwadronów kirasjerów
Po przeczytaniu tego opadły mi ręce. Jaki „młody Hanower”? Czy autor przeczytał to co napisał ? Kto był tym młodym Hanowerem? Truchsess? A jak się zestarzał to co, pułk zmienił nazwę ? I o co w ogóle chodzi ?
Zajrzałem do "Feldzüge..." i poniżej podaję rozwiązanie tej szarady: 
Chodzi o pułk kirasjerów, sklasyfikowany przez Tessina pod numerem 1663/1, którego szefem do 1697 roku był Veit Heinrich Truchsess von Wetzhausen (rozmyślnie nie tłumaczę imion ani tytułów). Po jego rezygnacji z tej funkcji, regiment przejął Christian, Prinz von Braunschweig-Lüneburg und Hannover, tak więc jednostka przyjęła nazwę od jego rodu. Ponieważ w armii cesarskiej był już jeden pułk kirasjerów o tej nazwie (Tessin 1672/2) którego dowódcą był Maximilian Wilhelm Prinz von Braunschweig-Lünenburg und Hannover, więc dla rozróżnienia ten stary nazywany był Alt-Hannover, a nowy: Jung-Hannover. Ale tej nazwy nie można tłumaczyć, a już na pewno nie można tego przetłumaczyć w taki sposób i bez przypisu !

A dla zainteresowanych - kto to był wspominany powyżej Tessin ? Otóż w XVII i XVIII stuleciu jednostki nie miały numerów, lecz przyjmowały nazwy od nazwisk swoich szefów. Ponieważ szefowie zmieniali się dość często, a ponadto wielu z nich należało do tych samych, szeroko rozgałęzionych rodów arystokratycznych, rezultatem był niezły misz-masz w nazewnictwie. Z tego powodu niemiecki historyk, Georg Tessin dokonał przeglądu archiwów i ponumerował wszystkie regimenty według roku w którym powstały, a całą listę opublikował w dziele: Die Regimenter der europäischen Staaten im Ancien Régime des XVI.-XVIII. Jahrhunderts. Odtąd zamiast zastanawiać się czy walczący pod Zentą pułk piechoty Starhemberg,  to jest ten sam regiment Starhemberg, który spotykamy trzynaście lat później pod Villaviciosa, sprawdzamy, że chodzi o pułk "Tessin 1661/2" i już wiadomo że to dwie inne jednostki (bo ten drugi to 1642/9).

27.02.2013

Łukasz Pabich - Zenta 1697 ( I )

"Turcy początkowo stanęli do obrony, sądząc, że Austriacy jej nie przełamią i wydawało się, że początek natarcia nie przyniesie sukcesu i gdy lewe skrzydło armii cesarskiej ruszyło do ataku, wróg nabrał odwagi, żeby rzeczywiście uderzyć".

Jeżeli ktoś uważa, że z ten sposób powinno się pisać książki historyczne, to sugeruję, żeby nie czytał dalej tego posta gdyż prawdopodobnie nie zgodzi się z jego treścią.

"Równocześnie turecki dowódca kawalerii wykonał, jak miało się okazać w niedalekiej przyszłości, katastrofalny błąd".

Rozumiem, że autor, który po raz -nasty czyta swój własny tekst może przeoczyć oczywiste błędy, ale od czego w takim razie jest korektor ? Zresztą korekta tego dziełka jest fatalna, i to zarówno zarówno stylistyczna jak i techniczna. Z korektą merytoryczną nie jest lepiej - pod koniec książki, w czasie rozmów pokojowych pojawia się ambasador Wielkiej Brytanii. W 1698 roku ! 
Po raz kolejny natykamy się też na nieszczęsne „skwadrony” jako jednostki organizacyjne jazdy. O ile w omawianej przeze mnie poprzednio książce (o bitwie pod Wschową)  można było dyskutować nad przedmiotowością stosowania tego terminu, to w przypadku armii cesarskiej w ogóle nie ma o czym mówić. Była podzielona na szwadrony i koniec !

To byłyby tylko detale niewarte wzmianki, gdyby książka jako całość przedstawiała sobą jakąś wartość. Niestety, czytając ją miałem wrażenie, że autor postanowił upchnąć na standardowych 96 stronach wszystko, co wpadło mu w ręce na temat tego okresu.

Przykład pierwszy z brzegu - książkę zdobią bogate ilustracje. Dużą część z nich stanowią ryciny z portretami wyższych dowódców – wszystkie utrzymane w tej samej manierze, pokazujące oficerów w renesansowych zbrojach, w owalnym medalionie zawierającym tytuł arystokratyczny. Innymi słowy – nic nie wnosząca sztampa. 


Opis walk podczas bitwy zajmuje jakieś pięć stron. Tylko pięć. Za to kolejne trzy strony zawierają szczegółowy opis zdobytych trofeów, zabitych i rannych w rozbiciu na poszczególne pułki, a nawet z nazwiska wymienieni zostali oficerowie, którym cesarz przesłał listy dziękczynne. Ciekawe rozłożenie akcentów. A może po prostu zestawienia łatwo było przepisać z "Feldzüge des Prinzen Eugen …” w prosty sposób zapełniając wymaganą przez wydawnictwo liczbę stron.
Należne mu miejsce zajmuje, przepisany z „Feldzüge…Ordre de Bataille cesarskiej armii. To miło, lubię porządne OdB. Szkoda tylko że przepisany został z błędami. Co więcej – w książce pojawia się pięknie przerysowany schemat ustawienia wojsk. Niestety, schemat nie zgadza się z podanym kilka stron wcześniej OdB. Nie zgadza się w całości, nie chodzi mi o detale. Inna jest ilość linii, ich kompozycja, skład poszczególnych jednostek. Wygląda na to że autor w ogóle nie zadał sobie trudu żeby porównać dostępne informacje. 
Idziemy dalej - w OdB sojusznicze wojska saskie i brandenburskie opisane są jako "Sasi” i "Brandenburczycy”, podczas gdy w przypadku jednostek cesarskich podane są nazwy regimentów. Tak jest w "Feldzüge…”, to prawda. Ale prawdą jest też to, że nazwy niemieckich pułków można znaleźć (żeby było śmieszniej, część podana jest na schemacie). Ale widocznie autor uznał, że pisanie monografii bitwy ogranicza się do skopiowania tekstów wydrukowanych ponad sto lat temu, bez śladu krytycznej ich analizy. Może taki jest standard serii „Pola bitew” wydawnictwa Infort Editions, ja jednak mam prawo wyrazić swą dezaprobatę, co niniejszym czynię.

c.d.n.

30.01.2013

Oskar Sjöström - Wschowa 1706

bitwa wg. Theatrum Europaeum

Skończyłem właśnie czytać książkę Oskara Sjöströma o bitwie pod Wschową w 1706 roku i pomyślałem, że mała recenzja nikomu nie zaszkodzi. 
Dużo sobie po tej książce obiecywałem, wieki czekałem aż się ukaże (chyba dwa lata wisiała w zapowiedziach wydawcy) i powiem wprost - nie zawiodłem się. Opis walk jest jasny i przejrzysty. Pokazuje taktykę obu stron jako elastyczną i dostosowaną do lokalnych warunków terenowych, podkreśla rolę dowódców, podaje przykłady lokalnej inicjatywy młodszych oficerów. Jednym słowem - żadnej "skostniałej taktyki linearnej". Nic dziwnego, że to mój ulubiony okres w wargamingu.
Ponadto, co tu dużo mówić, sześć map pokazujących kolejne fazy 3-godzinnego starcia to jak na warunki polskie prawdziwy rekord. Radość studzi nieco fakt, że niektóre mapy nie są dobrze skoordynowane z testem - tak jakby pokazywały odmienne fazy bitwy niż opisane w kolejnych rozdziałach.
gen. Rehnskiöld
Niestety, książka nie zawiera też jednoznacznego ordre de bataille. Jest co prawda osobny plan, pokazujący ustawienie poszczególnych jednostek na polu bitwy, ale ich stany liczebne trzeba mozolnie wyszukiwać w tekście. Gorzej jest z hierarchą dowódców. Żeby dowiedzieć się kto czym dowodził, musiałem poszperać w internecie. 
Podziw budzi ilość materiałów źródłowych. Autor obficie czerpał z niemieckich i szwedzkich archiwów, cytując m.in. zeznania złożone przed saską komisją powołaną do wyjaśnienia przyczyn klęski. Szkoda tylko, że gdy w tekście pojawia się arcyciekawa informacja o szyku szwedzkiej piechoty (pikinierzy zostali ustawieni w pojedyńczej linii, między drugim a trzecim szeregiem muszkieterów) żaden przypis nie pozwala ustalić źródła tej rewelacji. To samo dotyczy osławionego ognia plutonowego, którym miała posługiwać się saska piechota. Autor szczegółowo opisuje tą taktykę, ale skąd wziął informację, że Sasi w ogóle tak walczyli - nie wiadomo. 
Na koniec uwaga dotycząca tłumaczenia. W tekście konsekwentnie pojawiają się skwadrony kawalerii. Hmmm... Nie mam pod ręką żadnej dobrej encyklopedii wojskowości, ale ja zawsze dokonywałem następującego rozróżnienia: Skwadron to termin ukuty podczas szwedzkiego okresu wojny 30-letniej, oznaczający jednostkę taktyczną jazdy lub piechoty, składającą się z kompanii jednego lub kilku różnych regimentów, formowany często ad hoc w przeddzień bitwy. Natomiast jeśli mówimy o pododdziale pułku jazdy, składającym się z dwóch lub trzech kompanii tego samego regimentu, to w polskiej historiografii wojskowej używamy słowa szwadron. Tak przynajmniej uważam.